W drodze… pociąg relacji Opole-Warszawa
maj18
Siedzę i planuję. Cóż jeszcze mogę zrobić siedząc w pociągu relacji Opole-Warszawa Zachodnia, opóźnionym według konduktora jakieś pięć minut? Wyjechałem punktualnie i jechałem raptem godzinę. Zakładając, że tendencja się utrzyma, w Stolicy zjawię się z około pół godzinnym poślizgiem. Ufam, że Brwinów wybaczy jeśli się troszkę spóźnię.
Teoretycznie mógłbym porozmawiać ze współpasażerami, ale moje kilkuletnie doświadczenia w połączeniu ze statystyką mówią mi, że szkoda czasu. Limit nowych, obiecujących znajomości na ten miesiąc już wyczerpałem. Także tych kolejowych. Zresztą każdy zajęty jest tu swoimi sprawami, tabletem, kanapką i gazetą, telefonem. Nie ma tej, sprzyjającej konwersacjom, atmosfery znużenia podróżą. W drugą stronę również nie działa – nikt się nie ekscytuje, nikt nie ma potrzeby podzielenia się ze współpasażerami czymś zupełnie nieważnym. Stanowię wyjątek, ale ja z kolei mam laptop. I tego bloga.
Ktoś mógłby powiedzieć: nudzi ci się, to pisz książki. I oczywiście miałby trochę racji, w końcu jestem pisarzem i to moja cholerna praca, nie? Tak się jednak składa, że z projektem nad którym pracuję obecnie jeszcze się publicznie nie pokazujemy. Wiecie, jest fajnie, wieczorami naprawdę gorąco – wczoraj, gdy przyszła pora, przerwałem nawet granie w Diablo 3, więc to wciąż etap, gdy jestem skory do zaangażowania i poświęceń – ale trochę się wstrzymujemy z ekscesami w miejscach publicznych. Tak, nazwijcie mnie staroświeckim.
Co innego jednak ekscesy, a co innego planowanie wspólnej przyszłości. Będąc w głębi ducha romantykiem, nie mogę się powstrzymać od snucia wizji, jak to będzie, gdy już zarobimy tyle, że będzie mnie wreszcie stać na tę przeklętą ciężarówkę Volvo z kuchnią, sypialnią, dwoma telewizorami i garażem na Corvettę. Wrócę do swych cygańskich korzeni, do taboru i życia wszędzie i nigdzie, jednocześnie taplając się w luksusie. Bo kompromisy są dla mięczaków.
Więc siedzę i planuję. A, że łeb mam całkiem pojemny i tolerancyjny dla myśli wszelakiej plany jak wydać pierwszy milion dolarów zlewają mi się z tymi bardziej przyziemnymi. Na przykład jak zaplanować kolejną trasę promocyjną, co wymyślić, żeby była fajna i ciekawa. I wreszcie, co i w jakiej kolejności pisać.
Na obecną chwilę mierzę się z trzema projektami, które w kilku słowach pozwolę sobie przedstawić:
Chłopcy – to opowieść inspirowana, co tu dużo ukrywać, „Sons of Anarchy”. Baaardzo luźno, raptem trochę punkt wyjściowy, ale nie zamierzam się odcinać ani wypierać, że Sutter był mi inspiracją, tak jak jego z kolei inspirowali Hell’s Angels. Jak już wiele razy mówiłem, tak działa popkultura i lepiej się do tego przyzwyczajcie. Przynajmniej jeżeli chcecie jeszcze kiedykolwiek czytać coś mojego.
Głównymi bohaterami „Chłopców” są członkowie gangu motocyklowego mieszkającego w opuszczonym Lunaparku, który nazwali „Drugą Nibylandią”. Dziś są już dorośli, handlują prochami – a właściwie jednym, konkretnym, o dziwnych właściwościach – ale jak się dobrze przyjrzycie, macie szansę ich poznać. Tak, to właśnie są: Stalówka, Kędziorek, Bliźniaki, Milczek i Kruszynka – zagubieni chłopcy Piotrusia Pana, którzy wrócili na ziemię i musieli dorosnąć. Ale, że prawdziwy facet dojrzewa tylko do szóstego roku życia, a potem już tylko rośnie to… cóż, sami rozumiecie.
Aha, ważna rzecz. Ponieważ nie ma Pana, ekipą dowodzi Dzwoneczek w swej ludzkiej, więc nie tak znowu miniaturowej postaci. Jakby ją wam tu opisać? Może tak, jak Robertowi Adlerowi, który właśnie na moją prośbę rysuje do Chłopców grafikę. Napisałem mu mniej więcej tak:
Stary, wyobraź sobie bandę degeneratów na motorach. Bandę gości, którzy nie mają żadnych hamulców, bardzo mało zasad, za to wiele blizn, do tego broń palną, noże i bardzo wiele pomysłów jak twórczo i pomysłowo sprawić ci ból. Wyobraź sobie, że ci goście zrobią ci wszystko co naprawdę paskudne jeśli choćby uśmiechniesz się do tej, którą nazywają Mamą. A teraz spójrzmy na nią. Wygląda tak, że wiedząc o jej chłopcach wszystko co powyżej… i tak będziesz próbował.
Adler sobie wyobraził. Widziałem pierwszy szkic i… albo nie, przyjdzie czas, to sami zobaczycie.
Z Chłopcami jestem za połową i idą jak burza. Momentami jest krwawo, momentami troszkę strasznie (ale nie strasznie-strasznie tylko „Supernatural”-strasznie), a przez większość czasu zabawnie. O ile ktoś trawi moje czarne, nieco ironiczne poczucie humoru, które zdarzyło mi się zaprezentować w „Kłamcy”. Nie każdy w końcu musi…
Drugi projekt, także za połową to „Dreszcz”. On i „Chłopcy” w połączeniu stanowią trzon „Operacji Hydra” to znaczy dostarczenia Wam i reszcie świata dwóch pop-cykli w miejsce jednego. Oba w kłamcowym duchu, ale też mocno od niego odmienne. Choć „Dreszcz” nie ma znowu do Lokiego tak daleko.
Wyobraźcie sobie starego rockmana. Widywaliście pewnie takich, czasem, jak grali na ulicach, czasem jak od niechcenia pytali czy dacie im na wódkę. Ci goście nie żebrzą, oni rzeczywiście pytają. I nie wiem jak wy, ale ja często daję im parę złotych. Nie zaszkodzi im, są nieśmiertelni. Rychu jest właśnie takim gościem – całe życie na koncertach, twierdzi, że imprezował z Ozzym, że Lemmie dzielił się z nim swoimi grouppies, a chłopaki z AC/DC ilekroć są w Polsce, próbują do niego dzwonić. Nie żeby musieli to robić za często, ale cóż… Nie będę się kłócił z własnym bohaterem, nie? To podobno świadczy o jakiejś chorobie.
W każdym razie dziś Rychu mieszka sobie na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach z pieniędzy, które dostaje od córki ze Stanów – jedynej, spośród podobno dziesiątek, która się do niego przyznaje -, pije, pali, gra na streecie i usilnie stara się nie znaleźć poważnej, regularnej pracy. Nie jest to trudne, sześćdziesięcioletni ludzie z twarzami jak Keith Richards ciosany w drewnie, raczej mają szans na zdominowanie rynku pracy. Aż pewnego dnia wali go w łeb piorun… i wszystko się zmienia.
W tej książce jest wszystko co myślę o superbohaterach i wiele z tego co myślę o Polsce. Ze szczególnym akcentem na miejsca w których mieszkałem. Nie spodziewajcie się jednak wykładu, bo chodzi o dobrą zabawę. Wrogami „Dreszcza” będą kibice paru klubów, krakowskie mimy, maniakalny glina z drogówki i wielu innych. Oberwie się, jak to zwykle u mnie oszołomom i fanatykom, oddany zostanie należyty hołd dziełom i postaciom wybitnym. I tak, będzie kamerdyner. Bez niego superbohater może być co najwyżej Supermanem. A kto by chciał…
Trudno mi powiedzieć czy gdyby Loki nie był … no wiecie… sobą, to bliżej by mu było do któregoś z motocyklistów czy do starego „Dreszcza”. Wiem, że ja, pisząc te książki, czuję się świetnie i bawię jak przy pierwszych „Kłamcach”.
Trzeci projekt książkowy, ostatni na razie (czyt. do napisania w tym roku) to znana Wam już z trailera „Wendy”. I nie, to nie będzie film, jak pomyśleli niektórzy. To książka, romans dla nastolatków z wampirami w tle. I od razu warto podkreślić tutaj parę rzeczy. Po pierwsze to nie będzie pastisz, bo dość już nabijania się ze „Zmierzchu” – to potrafi każdy. To będzie książka mniej więcej na poważnie, na ile pozwala na to temat, z wyraźnym wskazaniem na punkty, których zabraknąć nie może. To nie oszustwo, to podjęte wyzwanie: ma być nastolatka, małe miasteczko, wampiry i romans. I to wszystko splecione razem. Patrzę na swoje notatki i myślę, że może wyjść fajnie. Nie mówię „lepiej niż „Zmierzch”” bo umówmy się, to nie jest żadne wyzwanie. No, chyba, że dla speców od marketingu.
Ta książka wyjdzie tylko w e-wersji. Nie dlatego, że w nią nie wierzę, ale przede wszystkim dlatego, że chcę Wam ją oddać za darmo. Całkowicie i bez ukrytych haczyków. Nie ukrywam, wkurza mnie trochę to gadanie niektórych autorów jak to pysznią się i unoszą udostępniając w darmowych ebookach dawno już wyprzedane tytuły. Pozowanie na bohatera ludu, gdy nic cię to nie kosztuje, to jak bycie bohaterem w czasie pokoju. Nawet tchórz może.
Podkreślam to wyraźnie, bo chciałbym, żebyście mieli tego świadomość. Książkę piszę, ponieważ przegrałem z Wami zakład, a dane słowo jest ważne i kiedy mogę, lubię się z niego wywiązywać. Wiecie taki trochę Lannister jestem, z tym, że nie karzeł i siostry traktuję wyłącznie jak siostry. A i nie sram złotem, choć nie… oni przecież też nie
W każdym razie „Wendy” będzie całkowicie za darmo i bez uporczywych reklam w środku czy na stronie. Jedyne czego możecie się tam spodziewać ekstra to trailer realizowanego non-profit serialu komediowego o ciężkiej doli pisarza i jego Muza (Tak, Muza. Tu nie ma pomyłki. Jest za to, czy raczej będzie Juchas). Będziecie go mogli dotować, ale też bez przymusu czy emo-szantaży. Wszystko dla zabawy…
I tak doszedłem do końca tej notki. Kolejna godzina podróży za mną, opóźnienie napuchło do kwadransa. W międzyczasie zdążyłem napisać tę notkę, przekląć Sieci Komórkowe i Kolej za to, że w pociągach nie ma neta ani nawet zasięgu, by spokojnie porozmawiać przez telefon. No i zaplanować parę rzeczy dla tych, którzy będą ze mną jesienią na nowej, szalonej trasie. Tej, podczas której pojawi się długo oczekiwany komiks o Kłamcy („Kłamca Viva l’arte”), któraś z nowych książek i, kto wie, może już wspomniany serial? Oby…
Dobra, czas na wędrówkę z laptopem do toalety. Nie trzeba się z nim było ujawniać, kurde…
