W drodze… pociąg relacji Opole-Warszawa

maj
18

Siedzę i planuję. Cóż jeszcze mogę zrobić siedząc w pociągu relacji Opole-Warszawa Zachodnia, opóźnionym według konduktora jakieś pięć minut? Wyjechałem punktualnie i jechałem raptem godzinę. Zakładając, że tendencja się utrzyma, w Stolicy zjawię się z około pół godzinnym poślizgiem. Ufam, że Brwinów wybaczy jeśli się troszkę spóźnię.

Teoretycznie mógłbym porozmawiać ze współpasażerami, ale moje kilkuletnie doświadczenia w połączeniu ze statystyką mówią mi, że szkoda czasu. Limit nowych, obiecujących znajomości na ten miesiąc już wyczerpałem. Także tych kolejowych. Zresztą każdy zajęty jest tu swoimi sprawami, tabletem, kanapką i gazetą, telefonem. Nie ma tej, sprzyjającej konwersacjom, atmosfery znużenia podróżą. W drugą stronę również nie działa – nikt się nie ekscytuje, nikt nie ma potrzeby podzielenia się ze współpasażerami czymś zupełnie nieważnym. Stanowię wyjątek, ale ja z kolei mam laptop. I tego bloga.

Ktoś mógłby powiedzieć: nudzi ci się, to pisz książki. I oczywiście miałby trochę racji, w końcu jestem pisarzem i to moja cholerna praca, nie? Tak się jednak składa, że z projektem nad którym pracuję obecnie jeszcze się publicznie nie pokazujemy. Wiecie, jest fajnie, wieczorami naprawdę gorąco – wczoraj, gdy przyszła pora, przerwałem nawet granie w Diablo 3, więc to wciąż etap, gdy jestem skory do zaangażowania i poświęceń – ale trochę się wstrzymujemy z ekscesami w miejscach publicznych. Tak, nazwijcie mnie staroświeckim.

Co innego jednak ekscesy, a co innego planowanie wspólnej przyszłości. Będąc w głębi ducha romantykiem, nie mogę się powstrzymać od snucia wizji, jak to będzie, gdy już zarobimy tyle, że będzie mnie wreszcie stać na tę przeklętą ciężarówkę Volvo z kuchnią, sypialnią, dwoma telewizorami i garażem na Corvettę. Wrócę do swych cygańskich korzeni, do taboru i życia wszędzie i nigdzie, jednocześnie taplając się w luksusie. Bo kompromisy są dla mięczaków.

Więc siedzę i planuję. A, że łeb mam całkiem pojemny i tolerancyjny dla myśli wszelakiej plany jak wydać pierwszy milion dolarów zlewają mi się z tymi bardziej przyziemnymi. Na przykład jak zaplanować kolejną trasę promocyjną, co wymyślić, żeby była fajna i ciekawa. I wreszcie, co i w jakiej kolejności pisać.

Na obecną chwilę mierzę się z trzema projektami, które w kilku słowach pozwolę sobie przedstawić:

Chłopcy – to opowieść inspirowana, co tu dużo ukrywać, „Sons of Anarchy”. Baaardzo luźno, raptem trochę punkt wyjściowy, ale nie zamierzam się odcinać ani wypierać, że Sutter był mi inspiracją, tak jak jego z kolei inspirowali Hell’s Angels. Jak już wiele razy mówiłem, tak działa popkultura i lepiej się do tego przyzwyczajcie. Przynajmniej jeżeli chcecie jeszcze kiedykolwiek czytać coś mojego.

Głównymi bohaterami „Chłopców” są członkowie gangu motocyklowego mieszkającego w opuszczonym Lunaparku, który nazwali „Drugą Nibylandią”. Dziś są już dorośli, handlują prochami – a właściwie jednym, konkretnym, o dziwnych właściwościach – ale jak się dobrze przyjrzycie, macie szansę ich poznać. Tak, to właśnie są: Stalówka, Kędziorek, Bliźniaki, Milczek i Kruszynka – zagubieni chłopcy Piotrusia Pana, którzy wrócili na ziemię i musieli dorosnąć. Ale, że prawdziwy facet dojrzewa tylko do szóstego roku życia, a potem już tylko rośnie to… cóż, sami rozumiecie.

Aha, ważna rzecz. Ponieważ nie ma Pana, ekipą dowodzi Dzwoneczek w swej ludzkiej, więc nie tak znowu miniaturowej postaci. Jakby ją wam tu opisać? Może tak, jak Robertowi Adlerowi, który właśnie na moją prośbę rysuje do Chłopców grafikę. Napisałem mu mniej więcej tak:

Stary, wyobraź sobie bandę degeneratów na motorach. Bandę gości, którzy nie mają żadnych hamulców, bardzo mało zasad, za to wiele blizn, do tego broń palną, noże i bardzo wiele pomysłów jak twórczo i pomysłowo sprawić ci ból. Wyobraź sobie, że ci goście zrobią ci wszystko co naprawdę paskudne jeśli choćby uśmiechniesz się do tej, którą nazywają Mamą. A teraz spójrzmy na nią. Wygląda tak, że wiedząc o jej chłopcach wszystko co powyżej… i tak będziesz próbował.

Adler sobie wyobraził. Widziałem pierwszy szkic i… albo nie, przyjdzie czas, to sami zobaczycie.

 

Z Chłopcami jestem za połową i idą jak burza. Momentami jest krwawo, momentami troszkę strasznie (ale nie strasznie-strasznie tylko „Supernatural”-strasznie), a przez większość czasu zabawnie. O ile ktoś trawi moje czarne, nieco ironiczne poczucie humoru, które zdarzyło mi się zaprezentować w „Kłamcy”. Nie każdy w końcu musi…

 

Drugi projekt, także za połową to „Dreszcz”. On i „Chłopcy” w połączeniu stanowią trzon „Operacji Hydra” to znaczy dostarczenia Wam i reszcie świata dwóch pop-cykli w miejsce jednego. Oba w kłamcowym duchu, ale też mocno od niego odmienne. Choć „Dreszcz” nie ma znowu do Lokiego tak daleko.

 

Wyobraźcie sobie starego rockmana. Widywaliście pewnie takich, czasem, jak grali na ulicach, czasem jak od niechcenia pytali czy dacie im na wódkę. Ci goście nie żebrzą, oni rzeczywiście pytają. I nie wiem jak wy, ale ja często daję im parę złotych. Nie zaszkodzi im, są nieśmiertelni. Rychu jest właśnie takim gościem – całe życie na koncertach, twierdzi, że imprezował z Ozzym, że Lemmie dzielił się z nim swoimi grouppies, a chłopaki z AC/DC ilekroć są w Polsce, próbują do niego dzwonić. Nie żeby musieli to robić za często, ale cóż… Nie będę się kłócił z własnym bohaterem, nie? To podobno świadczy o jakiejś chorobie.

 

W każdym razie dziś Rychu mieszka sobie na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach z pieniędzy, które dostaje od córki ze Stanów – jedynej, spośród podobno dziesiątek, która się do niego przyznaje -, pije, pali, gra na streecie i usilnie stara się nie znaleźć poważnej, regularnej pracy. Nie jest to trudne, sześćdziesięcioletni ludzie z twarzami jak Keith Richards ciosany w drewnie, raczej mają szans na zdominowanie rynku pracy. Aż pewnego dnia wali go w łeb piorun… i wszystko się zmienia.

 

W tej książce jest wszystko co myślę o superbohaterach i wiele z tego co myślę o Polsce. Ze szczególnym akcentem na miejsca w których mieszkałem. Nie spodziewajcie się jednak wykładu, bo chodzi o dobrą zabawę. Wrogami „Dreszcza” będą kibice paru klubów, krakowskie mimy, maniakalny glina z drogówki i wielu innych. Oberwie się, jak to zwykle u mnie oszołomom i fanatykom, oddany zostanie należyty hołd dziełom i postaciom wybitnym. I tak, będzie kamerdyner. Bez niego superbohater może być co najwyżej Supermanem. A kto by chciał…

Trudno mi powiedzieć czy gdyby Loki nie był … no wiecie… sobą, to bliżej by mu było do któregoś z motocyklistów czy do starego „Dreszcza”. Wiem, że ja, pisząc te książki, czuję się świetnie i bawię jak przy pierwszych „Kłamcach”.

 

Trzeci projekt książkowy, ostatni na razie (czyt. do napisania w tym roku) to znana Wam już z trailera „Wendy”. I nie, to nie będzie film, jak pomyśleli niektórzy. To książka, romans dla nastolatków z wampirami w tle. I od razu warto podkreślić tutaj parę rzeczy. Po pierwsze to nie będzie pastisz, bo dość już nabijania się ze „Zmierzchu” – to potrafi każdy. To będzie książka mniej więcej na poważnie, na ile pozwala na to temat, z wyraźnym wskazaniem na punkty, których zabraknąć nie może. To nie oszustwo, to podjęte wyzwanie: ma być nastolatka, małe miasteczko, wampiry i romans. I to wszystko splecione razem. Patrzę na swoje notatki i myślę, że może wyjść fajnie. Nie mówię „lepiej niż „Zmierzch”” bo umówmy się, to nie jest żadne wyzwanie. No, chyba, że dla speców od marketingu.

Ta książka wyjdzie tylko w e-wersji. Nie dlatego, że w nią nie wierzę, ale przede wszystkim dlatego, że chcę Wam ją oddać za darmo. Całkowicie i bez ukrytych haczyków. Nie ukrywam, wkurza mnie trochę to gadanie niektórych autorów jak to pysznią się i unoszą udostępniając w darmowych ebookach dawno już wyprzedane tytuły. Pozowanie na bohatera ludu, gdy nic cię to nie kosztuje, to jak bycie bohaterem w czasie pokoju. Nawet tchórz może.

Podkreślam to wyraźnie, bo chciałbym, żebyście mieli tego świadomość. Książkę piszę, ponieważ przegrałem z Wami zakład, a dane słowo jest ważne i kiedy mogę, lubię się z niego wywiązywać. Wiecie taki trochę Lannister jestem, z tym, że nie karzeł i siostry traktuję wyłącznie jak siostry. A i nie sram złotem, choć nie… oni przecież też nie ;)

W każdym razie „Wendy” będzie całkowicie za darmo i bez uporczywych reklam w środku czy na stronie. Jedyne czego możecie się tam spodziewać ekstra to trailer realizowanego non-profit serialu komediowego o ciężkiej doli pisarza i jego Muza (Tak, Muza. Tu nie ma pomyłki. Jest za to, czy raczej będzie Juchas). Będziecie go mogli dotować, ale też bez przymusu czy emo-szantaży. Wszystko dla zabawy…

I tak doszedłem do końca tej notki. Kolejna godzina podróży za mną, opóźnienie napuchło do kwadransa. W międzyczasie zdążyłem napisać tę notkę, przekląć Sieci Komórkowe i Kolej za to, że w pociągach nie ma neta ani nawet zasięgu, by spokojnie porozmawiać przez telefon. No i zaplanować parę rzeczy dla tych, którzy będą ze mną jesienią na nowej, szalonej trasie. Tej, podczas której pojawi się długo oczekiwany komiks o Kłamcy („Kłamca Viva l’arte”), któraś z nowych książek i, kto wie, może już wspomniany serial? Oby…

Dobra, czas na wędrówkę z laptopem do toalety. Nie trzeba się z nim było ujawniać, kurde…

Zawsze chciałem…

maj
15

To nie tak, że wybieram się wkrótce zwiedzać zbudowane przez Weyland Yutani Inne światy, ale gdy nadejdzie już ten dzień, że zbierzecie się wszyscy by pochować mnie po nowoorleańsku – obowiązkowo z jazzową orkiestrą, dziwnymi strojami i orgią jako afirmacją życia podczas stypy (tak, mówię poważnie) – to wiem już jaki chciałbym mieć napis na nagrobku. Kształt cholerstwa i krój czcionki zostawię do uzgodnienia właściwym osobom, ale napis ma brzmieć:

Jakub Ćwiek
(tu stosowne daty)
Zawsze chciał…

Skąd taki apel? Ostatnio zauważyłem bowiem, że jest to zdanie, które coraz mocniej mnie definiuje. Nie licząc rzeczy niezbędnych do funkcjonowania, takich jak jedzenie, spanie i parę innych, wszystko co robię świadomie, dzieje się dlatego… że zawsze chciałem to zrobić. Weźmy proste z brzegu przykłady. Dlaczego zabrałem się za pisanie książek? Bo zawsze chciałem żyć z opowiadania własnych historii. Dlaczego zasuwałem do Londynu, mało się tam nie zabiłem jadąc z kumplem na motorze, a potem głodowałem przez tydzień, bo wydałem w mieście Big Bena ostatnie pieniądze? Bo zawsze chciałem poznać Stephena Kinga. Dla Bruce’a Willisa pozaciągałem długi przysług u przyjaciół i świrowałem w Internecie, choć jak dziś patrzę, nie powinienem był (pucułowaty ten McSobieski, ot co!). Teraz szykuję się do zrealizowania serialu, a w przyszłości może i filmu. Bez sponsorów, oddolnie, z przyjaciółmi. Dla frajdy. Bo zawsze chciałem. Umrę też pewnie dopiero wtedy, gdy przemożna chęć dowiedzenia się co jest po drugiej stronie wreszcie weźmie górę. Zawsze bowiem mnie to ciekawiło. I zawsze chciałem…

Ktoś powie, że to dziecięce takie podejście. Takie realizowanie za wszelką cenę swoich zachcianek. Ja uważam inaczej. Dziecko od dorosłego winno się różnić tym, że maluch potrzebuje kogoś, by spełnił jego marzenia  obdarował go efektem końcowym. Dorosły robi to sam lub – to moja metoda – prosi przyjaciół, by mu pomogli. Zwykle mówię wtedy: Zobaczycie, będzie fajnie. Zawsze chciałem…

Bo, jak mawia mój przyjaciel i na pewnym etapie życia mentor Krzysztof Parobczy – Chcieć, to szukać sposobu. Nie chcieć, szukać powodu.

Oby mój napis na nagrobku był dla mnie aktualny zanim pod nim zalegnę :)

 

PS: Ponieważ wciąż trwa moja trasa, powinienem też trochę do niej nawiązać. Tym razem krótko: Dzięki wszystkim, którzy znaleźli chwilę by się ze mną zobaczyć w Krośnie, Wrocławiu i Warszawie. Dziękuję Adze, Mariuszowi, Tessce, Gabi, Mironowi, Elviakowi, Lambertowi i Juchasowi za to, że korzystają z okazji, by towarzyszyć i pomagać mi w drodze. Specjalne podziękowania trzymam też dla pewnej znajomości nawiązanej w drodze… ale to nie dziś. Nie teraz. I nie tutaj… Bo właśnie muszę zająć się czymś, co może nie od zawsze, ale od naprawdę dawna chciałem zrobić. Iść wreszcie spać!

 

 

 

W drodze… (Powroty)

maj
13

Postanowiłem tu wrócić. Nie było mnie tu, jak wiecie- a jak nie wiecie, łatwo to przecież sprawdzić – kawał czasu, a już po to, by podzielić się z Wami moimi prawdziwymi przeżyciami, emocjami etc.  nie wchodziłem tu chyba od czasów relacji ze spotkania z Brucem. Nie wiem, nie sprawdzam. Nie chce mi się – blog niekoniecznie jest po to, bym sam go sobie czytał, prawda?
Dlaczego i po co tu wracam? Trudno mi powiedzieć. To znaczy mam wrażenie, że chodzi o wczorajszy wspaniały dzień, o świetny wypad który zawdzięczam Juchasowi i Lambertowi (a także, rzecz jasna goszczącym mnie wczoraj mieszkańcom Krosna i okolic) i idącą za nim refleksję, że może i nie zasługuję na tych wszystkich wspaniałych ludzi, których mogę nazywać przyjaciółmi, ale mam to gdzieś i zamierzam się nimi cieszyć i wspólnie z nimi właśnie ostatecznie przejąć władzę nad światem. Nie, nie jutro, możecie być spokojni. To jeszcze chwilę potrwa, zwłaszcza, że jest parę osób, które w ostatnich latach mocno zaniedbałem. I wypadałoby im pokazać jaki kawał miejsca w moim generatorze łukowym zajmuje ich skumulowana energia.

No ale wróćmy do wczoraj, które tak naprawdę zaczęło się w czwartek. Niby nic, podróż pociągiem, zawiązywanie w tymże nowych znajomości, które choć ulotne, zawsze podszyte są nadzieją. Bo przecież wielu spośród ludzi, za których dzisiaj oddałbym życie, poznałem przez przypadek i to w okolicznościach, których nie opisałbym raczej w swoich książek, bo nie brzmiałyby specjalnie wiarygodnie.  Więc mam w sobie tę nadzieję już zawsze, tak jak wierzę w przygodę i we wróżki. Klaszczę więc właśnie za początki pięknych przyjaźni i za Bogarta też, bo lubię…

No ale do wczoraj, które choć tak naprawdę zaczęło się w czwartek, to jednak było przede wszystkim piątkiem w samochodzie. W pięknych okolicach, z którymi kontrastowały tematy naszych rozmów – trzech facetów nie może za długo rozmawiać o pięknie, chyba, że w wyraźnym kontekście i w jednym tylko owego piękna przejawie, a my nie byliśmy aż tak monotematyczni – i wolność jaką daje tylko świadomość, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś… i znalazłeś się tam przez przypadek. Trochę jak u Moore’a ślepy taksówkarz ZEN.

Ci którzy widzieli mnie dzisiaj – kiedy piszę te słowa, jest sobota – z pewnością dostrzegli, że lecę z nóg, że jestem zmęczony, a oczy mam jak szparki. I pewnie jeszcze trochę tak będzie, bo jakoś ostatnio szkoda mi czasu na sen. Bo wczoraj, które zaczęło się w czwartek, skończyło w sobotę, a po drodze zaliczyło powtórkę z Avengers. Bo „Chłopcy”, którzy pęcznieją mi w głowie kolejnymi historiami i którzy już wyrastają na godnych następców „Kłamcy”. Bo „Dreszcz” którego już chciałbym zacząć pisać…

Przede wszystkim jednak cieszę się, że jestem w trasie. Znowu. Jutro Wrocław, potem Warszawa, a na horyzoncie Kraków i Gdańsk. To sprawia, że piszę te słowa, że wracam do przeszłości i robię kilka porządnych restartów, spośród których akurat powrót do bloga jest najłatwiejszy i chyba najmniej zabawny.

I jeżeli ktoś szuka sensu i przesłania w tych chaotycznie sklejonych słowach, ułatwię mu zadanie i napiszę:

Potrzebowałem motywacji, by tu wrócić. I znalazłem. Więc wracam.

A teraz spodziewajcie się notek, bardziej niż ta składnych przynajmniej raz w tygodniu.

 

 

WENDY

wrz
15

Właśnie dzisiaj ma swoją premierę trailer WENDY – romansu paranormalnego, czy też jak wolę o nim myśleć romantycznego horroru o wampirach w polskiej scenerii. Premiera planowana jest na przyszły rok, ale już dzisiaj możecie zobaczyć efekt pracy grupy moich wspaniałych przyjaciół. Film zrealizował Patryk Jurek, a muzykę skomponował Paweł Pudło.

 

Wystąpili: Michalina Olszańska, Witold Chłus, Izabela Juchniewicz, Marcin Juchniewicz i Marceli Juchniewicz a fantastyczną charakteryzacją zajęły się jak zawsze niezawodne Agata Rudniewska i Katarzyna Jabłońska. Pomysł i scenariusz,  jak łatwo się domyślić, mój.

 

Wyspa

wrz
2

Drodzy,
Wiem, że długo mnie tu nie było i że należą się Wam przeprosiny i parę solidnych notek. Obiecuję nadrobić jak tylko wrócę z Banoi na którą się właśnie wybieram, gdzie zamierzam spędzić tydzień. A co będę tam robił? Oczywiście oddawał się rozpuście i dzikiemu lenistwu, a także temu no… jak się ładnie mówi na leczenie kaca?… aaa, konteplacji.
Nie zostawię Was jednak zupełnie na pastwę innych pisarzy, zamierzam bowiem blogować także z wyspy, tyle, że w innym miejscu w sieci. Na tym w zasadzie ma polegać moja praca na wyspie. Zatem, Kochani moi, jeżeli jesteście ciekawi co może robić pisarz na rajskiej wyspie – a nie macie w XXX-filmotekach filmu „Pisarz na rajskiej wyspie” albo „Powrót pisarza na rajską wyspę” – zapraszam do lektury. Bunkrów co prawda nie będzie…

Link do mojego tymczasowego, wyspiarskiego bloga to: http://gameplay.pl/deadisland

Enjoy

KŁAMCA 4 Kill’em all – pierwszy fragment

cze
1

Gdzie ona jest? – myślał Loki-Oberon, pędząc przez obóz. Nie mógł biec, bo królom, tym prawdziwym, bieganie nie przystoi, ale i tak sadził ogromne, energiczne susy, wzbijając wokół pył. Odgarniał poły namiotów, peszył pary figlujące na wozach, odtrącał nie dość spiesznych parobków. W końcu kopnął osła.
I wtedy przystanął. A po chwili dogoniła go zdyszana refleksja, sapiąc: Co ty właściwie robisz, głupcze? I co się z tobą dzieje?
No właśnie. Zupełnie nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Od kilku tygodni powoli, acz konsekwentnie, zmieniał się w cholernego władcę elfów, gościa tak tępego, że nawet rogi przyprawiane mu przez Tytanię nosił na hełmie jako insygnia władzy i swej potęgi. Od elfiego jadła i cycków dwórek dowcip i pomyślunek stępiały mu tak, że z opresji musiał go ratować wyszczekany elf.
A do tego wszystkiego on, Loki, mistrz kłamstwa, latał teraz po obozie za jakąś chrzanioną siksą, przez co mógł w jednej chwili zawalić całą robotę! I jeszcze w nerwach kopnął biednego osła.
– Przepraszam – powiedział, klepiąc zwierzaka po łbie.
Ten jednak nie wydawał się usatysfakcjonowany. To było naprawdę mocne kopnięcie, więc patrzył tylko spode łba, jakby chciał rzec: ciągle boli, więc na cholerę mi twoje „przepraszam”, stary?
Kłamca poprawił kaftan, zabłocone buty wytarł o tyły nogawek i przeczesał zmierzwione włosy i brodę. Musisz się za siebie wziąć – pomyślał. Teraz potrzebujesz tylko sprytnego planu, jak dostać się do dzieciaka, potem załatwisz go i wydostaniesz się z tej przeklętej Doliny. Potrzebujesz planu, który będzie nie tylko genialny. Będzie również dobry i skuteczny.
Gdzieś za jego plecami rozległ się słodki, perlisty śmiech Tytanii. Kłamca odwrócił się i dostrzegł, że królowa zeszła już loży i w towarzystwie Żądełka zmierza w stronę swojej straży przybocznej. Młody elf wyraźnie jej nadskakiwał, a ona przyjmowała jego wdzięczenie się z łaskawością i… zainteresowaniem.
O! To może być to!
Loki pochylił się i urwał źdźbło trawy. Oskubane włożył między zęby i wyszczerzył się w uśmiechu. To jeszcze nie był sam plan, ledwie jego szkic, pretekst. Ale to i tak więcej niż Kłamca miał od dawna.
I już chciał, zadowolony z siebie, ruszyć w stronę królewskiego namiotu, gdy nagle dobiegł go schrypiały i drżący głos.
– Strzeż się, królu Oberonie! – wołał. – Strzeż się, powiadam!
Kłamca spojrzał w lewo i dostrzegł, że pomiędzy namiotami, w plątaninie lin i sznurków, tkwiła zgarbiona, stara kobieta, łypiąc na niego przekrwionym okiem. Jednym, bo drugie, przygniecione ciężarem ogromnej kurzajki, nie dawało się nawet otworzyć. W swym czarnym, męskim stroju wyglądała tak, jak mogłaby wyglądać ciocia Petera Parkera, gdyby spidermanowanie było u nich rodzinne.
Loki uśmiechnął się półgębkiem.
Wiedźma. No jakże by inaczej!
– Witaj wieszczko! – powiedział wesoło. – Gdzie zgubiłaś młodsze siostry?
– Strzeż się, królu Ob… – zaczęła na nowo wiedźma, ale przerwała w trakcie i zamrugała okiem. – Jak to: młodsze? Jestem najmłodsza spośród trójcy, przeklęty, pyszałkowaty elfie!
Przez moment zapanowało niezręczne milczenie. Zaraz jednak wiedźma zaśmiała się skrzekliwie.
– Żart, krotochwilka taka – wychrypiała. – Średnia jak przystało na matkę niańczy bachory, a najmłodsza puszcza się dwa namioty dalej.
– Dziewica? – zdziwił się Kłamca.
Wiedźma machnęła ręką.
– E tam, zaraz dziewica. To metafora taka. Zresztą proszę, jeśli wolisz, mogę też powiedzieć, że, korzystając ze swego przywileju, obcuje właśnie z jednorożcem. Albo kilkoma, by być konkretną.
– Szkoda, że nie wiedziałem – westchnął Loki. – Kiedyś była całkiem niezła.
– Kiedyś też trzymała mocz, przystojniaku – prychnęła wiedźma, dając swą złośliwością dowód, że kobieca natura nie przemija wraz z przyjściem menopauzy. – Ale wiesz, co mówią o wyjeżdżonych traktach, w końcu muszą się wypaczyć. Mniejsza z tym jednak. Przyszłam tu bowiem, by ci powiedzieć, że…
Zasępiła się na chwilę. Potem ta chwila przeciągnęła się o kolejną… I jeszcze jedną.
– Strzeż się, Oberonie? – podpowiedział Kłamca.
– No właśnie, słodziutki. – Wiedźma pacnęła się w czoło. Znowu zrobiła głupią minę i zawyła złowieszczo – Strzeeeż sieeee, Oooobeerooo…
– Ale czego?
– …nieeeee – dokończyła wiedźma, nie dając się zbić z pantałyku. Nie dała się śmierci, nie dała chrystianizacji, więc co jej będzie byle elfiątko. – Strzeż się, albowiem twój jasnowłosy przyjaciel oddał serce twojej kobiecie i w najbliższym czasie ujeżdżać ją będzie jak dziki ogier szlachetną klacz, a potem zaproponuje jej coś nowego, a ona na to przystanie i wtedy on weźmie kajdany i brzozowe witki, a ona go wyśmieje, bo to dla niej żadna nowość, i wtedy…
Trudno udać oburzenie, gdy wszystko idzie po twojej myśli, ale Lokiego nie nazywano Kłamcą bez powodu.
– Wystarczy, wiedźmo! – zawołał. – Oszczędź mi swoich obleśnych, obrzydliwych szczegółów i powiedz, jak niby miałbym temu zaradzić.
Staruszka wzruszyła ramionami.
– A skąd mam niby wiedzieć?! Jestem wiedźmą, nie poradnią małżeńską! Przynieś jej kwiaty, powiedz komplement, cokolwiek. Jak sam nie wiesz, toś buc! Zresztą powiedziałam ci już wszystko, co miałam, więc teraz odwróć się łaskawie, bo chciałabym w spokoju zniknąć, a nie mogę przez te sznurki, niech je zaraza!

Jak zostać (z) Królem!

lut
10

Kiedy w czerwcu ubiegłego roku za sprawą SOBIESKI VODKA POLAND (a także Waszemu zaangażowaniu tutaj i przede wszystkim na Facebooku) spełniło się moje marzenie i spotkałem na żywo Bruce’a Willisa, w życiu nie pomyślałem, że już pół roku później przyjdzie mi się Sobieskiemu rewanżować. Do tego w tak dramatycznych okolicznościach.
Nie będę się specjalnie rozpisywał o szczegółach sprawy, bo wszystko – napisane konkretniej niż ja bym umiał – znajdziecie tutaj, ale chodzi o rozgłos. Czyli o to, co my, użytkownicy Internetu potrafimy wywołać lepiej niż ktokolwiek inny.
Nie chodzi o to, byśmy, kochani, ferowali wyroki. Nie moja/nasza to rzecz, nie moje/nasze kompetencje.
Ale jeżeli ktoś prosi o szansę na sprawiedliwość, o hałas jako sprzeciw wobec szeptanego załatwiania sprawy to, myślę, warto się zaangażować.
Nawet jeżeli uznacie, że jestem w tej sprawie nieobiektywny, że przemawia przeze mnie sentyment, emocje czy cokolwiek, wystarczy, że klikniecie pod ten link
Albo po prostu na facebookowy fanpage SOBIESKIEGO:
Wreszcie dołączyć do wydarzenia „Wszyscy ludzie Króla”

Parafrazując Tolkiena (i nawiązując do filmiku, który można zobaczyć na fanpage’u)

KRÓL SOBIESKI WOŁA O POMOC!

I FACEBOOK ODPOWIE!

Zagubiony w czasie

paź
4

Tempus nieustannie robi w fugach (czy fugitach) i ani się człowiek obejrzy, a już wszystko wokół niego się deaktualizuje.
Byłem w piątek, po dłuższej przerwie, na katowickim dworcu i to już nie są tycie zmiany, widać robota ruszyła pełną parą – ktoś się nawet nie bał i za..ukradł mi ulubionego Relaya. Stoi tam teraz wielkie nic na połamanych płytkach i im bardziej się człowiek gapi, tym bardziej sklepu nie ma. Ufam tylko, że gdy minie czas wielkich remontów, salonik powróci a wraz z nim fajni sprzedawcy w składzie Orlonos z wysokim czołem, Człowiek -Simba z grzywą spiętą w kucyk i Urodziwe_dziewczę_zwykle_z_koleżanką. Mówię to bez ściemy czy kpiny, naprawdę ich lubiłem i będę wyglądał ich powrotu.
Nie tylko Relay zniknął; handel w głównym holu prawie zamarł, zupełnie jakby Katowice odwiedził kolejowy Jezus i krzycząc „Nie czyńcie z domu ojca mego targowiska” przepędził kebaby, sklep z butami , kioski i saloniki prasowe. A na koniec wyjadł wszystkie Fornetti za wyjątkiem kapuśniaczków…
Piszę o tym oczywiście w kontekście mojej „Ciemność płonie” – że z jednej strony ludzie nie będą mogli już mówić: wow, ale wiernie oddany dworzec (i to kicha straszna, bo fajnie jak chwalą), z drugiej jednak, ponieważ oddałem owe realia naprawdę dobrze, mimowolnie dołączam do grona okołokrajewskiego – piszę fabuły w miejscach, których już nie ma, w rzeczywistości z innej epoki. Żeby stwierdzić że nie konfabuluję nie wystarczy już przejechać się na Śląsk. Potrzebne będą archiwalne zdjęcia. Jak się zastanowić, to niezły czad.
Nie mam pojęcia czy ten fakt pomoże książce czy jej zaszkodzi, skoro i tak nigdzie jej nie ma. Pamiętam jak dawno temu, wraz z rewelacyjną Jolą Chwalczyk z Fabryki myśleliśmy o promocji Ciemności na dworcu głównym w Katowicach, ale potem rozbiło się o zaangażowanie, decyzje szefów Wydawnictwa i ogólnie pomysł upadł. Zastąpiły go urocze pudełeczka zapałek. Ładne, naprawdę, pomysłowe (to właśnie Jola) ale i tak poczułem się jak indiański wódz, któremu jego wojownicy przynieśli naręcze szklanych paciorków. „Patrz wodzu, takie ładne, a ci debile – biali bogowie – chcieli za nie tylko jakiś kawałek niezdatnej do niczego ziemi. Wyspy czy coś…”. Dziś też tak książka (jak zresztą wiele nietopowych pozycji – nie tylko moich – w Fabryce ) leży promocyjnym odłogiem, prężąc ku niebu swój napęczniały potencjał. Jak się autorze sam zaspokoisz…
No dobra, ale schodzi mi na marudzenie, a nie o tym miało być. Tylko o zmianach. Bo przecież nie tylko dworce się zmieniają. Ja też. A przynajmniej próbuję, choć pewne złe nawyki wciąż się za mną ciągną niczym flaki za zombie trafionym w brzuch. I podobnie śmierdzą.
Ale już widzę światełko w tunelu. Za jakiś miesiąc usłyszycie na mój temat parę ciekawostek, a przyszły rok – no cóż, to będzie czas prawdziwych zmian. Począwszy od tej, że zmieni się mój podpis w książkach. Ten szalony bohomaz obowiązuje tylko do końca roku. Bez okresów przejściowych. Ale to tylko płatek śniegu na łysej głowie monsieur Iceberga :) Jak mówię, skoro dworzec może się zmienić, to dlaczego nie ja?

Aha, jeszcze jedno- ponieważ czeka mnie w przyszłym roku dużo wytężonej pracy, od razu zaznaczam, że ograniczam liczbę wyjazdów na konwenty. W przyszłym roku pojawię się pewnie (choć to nie jest jeszcze nic potwierdzonego) na :
1. R-konie
2. Pyrkonie
3. Wrocławskich Dniach Fantastyki
4. Avangardzie
5. POLCONIE
6. Bachanaliach
7. Innych Sferach
8. Coperniconie
9. Falkonie
10. Nordconie

Wielu pewnie uważa, że to i tak dużo. Zgadza się, ale to i tak drastyczne zawężenie listy. Zamierzam skupić się raczej na osobnych spotkaniach autorskich, warsztatach etc. Przede wszystkim jednak na pracy. Mam dużo do zrobienia.
Także, a może przede wszystkim ze sobą…

Gra o życie

wrz
30

Kochani, daliśmy już wspólnie popis i udowodniliśmy, że za pomocą akcji blogowo-fejsowych można spełniać marzenia. Przed nami teraz dużo trudniejsze zadanie i pytanie – czy da się ratować życia?
Jest tak – ojciec mojego kolegi pilnie potrzebuje krwi. Szpital poda mu krew jakiej potrzebuje, ale pod warunkiem, że do banków krwi wpłynie odpowiednia ilość od dawców. Grupa jaką macie jest nieważna. Ważne jest, żeby się w rozliczeniu zgadzała liczba litrów.

Przeklejam tu poniżej fragment wpisu Radka Teklaka, który wyjaśnia i tłumaczy wszystko lepiej niż ja bym umiał:

Województwo mazowieckie
Najlepszym rozwiązaniem jest oddanie krwi w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa na ulicy Saska 63/75. Oddając krew należy zaznaczyć, że to na Andrzeja Jurgiela (Andrzej Jurgiel) i wziąć zaświadczenie. Jeżeli oddajecie na Saskiej, można je zostawić w recepcji, kumpel odbierze i pokaże lekarzowi.

Lista oddziałów RCKiKa na terenie województwa mazowieckiego. Oddając tam krew też można zostawić zaświadczenie i oni sobie automagicznie wszystkie informacje przetransferują. Z tym że zawsze warto mieć wątpliwość, bo przemiła i uczynna pani na telefonie to jedno, a nasza polska rzeczywistość drugie. Dlatego jeżeli ktoś zdecydowałby się oddawać krew w oddziale, to niech na wszelki wypadek dopyta czy jeżeli zostawi zaświadczenie na miejscu, wszystko będzie w porządku.

Jeżeli okazałoby się, że nie w porządku, to zaświadczenie można wysłać pocztą na adres kolegi:
Paweł Jurgiel
ul Olesińska 6/52
02-548 Warszawa

Jeżeli ktoś odda krew poza Warszawą ale pracuje tutaj, może podrzucić zaświadczenie do:
knajpy Paradox – Jezierskiego 3/5, boczna Rozbratu, powiedzcie barmanom o co chodzi, dadzą znać kumplowi
do mnie do Agory – zostawić na nazwisko Radosław Teklak i powiedzieć dziewczynom, że to pilne – zadzwonią
dać mi znać skąd można zaświadczenie odebrać – podjadę i zabiorę. Kontakt albo telefoniczny (jak ktoś zna) albo mailowy teklak na gmailu albo radkowiecki na gazecie.

Opcje związane ze mną są ważne do końca tego tygodnia, w przyszłym wyjeżdżam z Warszawy. Gdyby ktoś więc miał do przekazania zaświadczenie w przyszłym tygodniu, niech kontaktuje się bezpośrednio z kolegą na adres mailowy: larpownia małpa gmail kropka com. Ewentualnie mail/telefon do mnie i wystąpię za pośrednika.

Osoby spoza Warszawy

Oddajecie krew, bierzecie zaświadczenie, wysyłacie na adres kumpla.

Kryteria dla krwiodawców
Dyskwalifikacja czasowa
Dyskwalifikacja stała

Stan ojca Skały jest taki, że liczy się czas i oczywiście im szybciej krew zacznie płynąć, tym lepiej. Ale jeżeli ktoś nie może jej oddać w tym tygodniu, przyszły też będzie bardzo dobry.

Sprawa jest ważna, a my umiemy sprawiać cuda. Sprawmy także i ten, dobrze?

Z góry dzięki

Jack off all trades…

wrz
21

Od dziś nie nabijam się już z braci Mroczków. Ani z Kasi Cichopek. Ani z masy im podobnych serialowych naturszczyków. A przynajmniej nie programowo (bo czasem się coś pewnie wymsknie z wrodzonej złośliwości).
Zapytacie pewnie skąd ta zmiana. Otóż doszedłem wreszcie do wniosku, że takie dyndanie jajami w zwisie nad ludźmi, którzy dostali okazję, by trochę zarobić i może się nawet rozwinąć w kierunku jakiego się wcześniej nie spodziewali to zwykła ordynarna bucówa. I tak, do Ciebie także to mówię Janie Nowicki! Bo zacząłeś dobrze, ale potem cię w komentarzach poniosło.
Jest jeszcze jeden powód dla którego wziąłem się za obronę ekipy z M jak mord… miłość znaczy. Mianowicie fakt, że w pewnym sensie ich droga jest mi bliska.
Spójrzcie bowiem na taką Kasię Cichopek. Zaczęła jako trzecioplanowa postać we wspomnianej wyżej, słabej aktorsko i fabularnie, mydlanej operze. Tam robiła co mogła i czego od niej wymagano – nie za dużo, ale i nie miał to być Fellinii w odcinkach, więc nie ma co się napinać. I tak się złożyło, że z roli trzecioplanowej wyrwała się na pierwszy plan. A potem do gwiezdnego tańca i dalej. Obecnie tańczy, gra w teatrze, pozuje do sesji fotograficznych i bawi się konferansjerką. Nie wiem co robi jeszcze, nie śledzę aż tak uważnie, ale widać u dziewczęcia multikierunkowy rozwój. U Mroczków ten progress jest trochę mniejszy, ale również zauważalny.
Tylko co z tego? Już na zawsze będą „Zamroczkami” i Kasią „Z cicha pękł”.
Próbowałem analizować skąd bierze się problem. Nowicki mówi na przykład o wypaczaniu zawodu, o tym, że słowo „aktor” traci na znaczeniu skoro takie podpierdółki bez szkoły włażą na miejsce zawodowców i wypełniają telewizyjną ramówkę. Nie ma już miejsca na sztukę w tym chaosie, zdaje się mówić niegdysiejszy wielki Szu. Nie ma miejsca dla wykształconych, wyuczonych aktorów. Jakby zapomniał, że Olbrychski dopiero teraz pisze swojego magistra, a Pszoniak, oblany przez ekipę z łódzkiego Shillera wołał „a ja i tak zostanę, kurwa, aktorem”.
Więc może chodzi o wielkie, duchowe przewodnictwo reżysera? O to kto czuwa nad nami w tych pierwszych chwilach? Pewnie tak, ma to swój niewątpliwy wpływ, choć oczywiście… nie dla wszystkich.
Cóż bowiem z tego, że Bachleda- Curuś zaczynała u Wajdy, co, że zagrała u Neila Jordana? Dla wszystkich naszych domorosłych Nowickich zaczytanych przypadkiem w „Galach na gorąco” czy innych „Rzyciach gwiazd” (nie poprawiać) to tylko słodka dupka rozchylająca nogi przed Collinem Farrelem. Którego to zresztą uznajemy za światową gwiazdę najwyższego sortu bo? Może mi ktoś przypomnieć?
Więc może chodzi o talent? Ależ skąd! Gdyby tak było, mielibyśmy na ekranie wyłącznie multiplikowanych Gajosa i Fronczewskiego.
Nie, kochani. Chodzi o podział na kulturę wysoką i niską. Tak właśnie.
Jasne, można się czepiać, że serialowe pokolenie aktorów gra sztucznie i przyciężkawo. Ale umówmy się – w tych samych serialach widzimy czołówkę z teatralnych scen, aktorki i aktorów utytułowanych jak radziecka generalicja. I co? Naprawdę grają lepiej?
Ok, czyli problem niekoniecznie w samych gwiazdkach, co raczej w zadaniach, które niczego od nich nie wymagają. W scenariuszach znaczy. I wśród reżyserów. Ale że starać się nie trzeba, bo ludzie kupią i tak, to i nikt tego nie poprawia. Tylko starzy czepiają się nowych, mówią o kulturze wysokiej, a potem śpiewają nieudolnie piosenki o niegdysiejszej chwale podczas rewii żony w jej maleńkim burleskowym teatrzyku (patrz Nowicki właśnie).
No dobra, wyżaliłem się, ale teraz powinienem napisać co to ma do mnie.
Otóż niekoniecznie chodzi o mnie samego, ale o pewne pokolenie pisarskie do którego należę. My działamy troszkę bardziej świadomie niż aktorzy, bo sami piszemy co chcemy, ale pomijając ten fakt również jesteśmy grupą naturszczyków prawem ewolucji zmieniających zawód. I też razimy swego rodzaju multimedialnością, jeśli nawet nie poprzez działanie na różnych artystycznych polach, to chociażby przez dobór źródeł. Neo-pisarz równie dużo (a pewnie więcej) ogląda i gra niż czyta, choć tej ostatniej dziedziny wcale nie zaniedbuje. Neo-pisarz karmi się popem i próbuje go przetworzyć. Neo-pisarz wreszcie nie potrzebuje zabawy językiem by opowiadać swoje historie. On buduje je ciągiem skojarzeń, nawiązań, obrazów i cytatów. A że niezrozumiałym dla Oldschooli pisarsko- czytelniczych? Cóż poradzić.
Nie, nie piszę tego wcale po to, by nagle mówić, że jesteśmy, Mroczki, Cichopek, ja i moje pisarskie pokolenie PRZYSZŁOŚCIĄ Kultury. Ale jesteśmy częścią jej przyszłości. Takiej z małej litery. I wcale nie złą tylko jeszcze nie do końca uchwyconą. W kulturze bowiem zaczyna się, jak wszędzie zresztą tworzyć zapotrzebowanie na ludzi typu „Jack of all trades… master of none”. Niekoniecznie genialnych jak da Vinci, ale ludzi renesansu.
Bo wiecie co? Cichopek nigdy nie zagra na scenie równie dramatycznie jak Janda. Ale za to, gdyby trzeba będzie, zagra swoje i ładnie zatańczy.
A ja? Może i nie napiszę książki lepszej niż taki chociażby Dukaj. Ale swoją potem mogę sam podzielić i część zaśpiewać grając na gitarze, część wyrecytować w stand upie, część wreszcie wystawić na scenie lub skręcić w amatorskim filmiku.
Wiem, wiem – zdaniem niektórych to nie ma znaczenia i nie wpływa na jakość samej literatury, która przecież jako ten Kościół winna być niezmienna w swych zasadach od początku po wieczność. Tyle że…
Cóż, chyba wszyscy zdziwimy się za parę lat.